niedziela, 7 czerwca 2009

Ich bin krank czyli jak się choruje w Berlinie.....

No więc muszę przyznać, że w Berlinie choruje się beznadziejnie, a to dlatego że bez sensu siedzieć w domu, gdy w mieście coś się dzieje ;-) a tutaj ciągle coś się dzieje. Na szczęście pogoda była beznadziejna więc aż tak bardzo nie żałowałam...
Dziś miałam iść na Design Festival, ale jak dojechałam metrem, zadzwoniłam do kumpeli, która nie za bardzo mogła mi wytłumaczyć gdzie to jest, zaczął padać deszcz, skapnęłam się że nie wzięłam ze sobą portfela, poszwendałam się poszwendałam w poszukiwaniu białego namiotu, ale po niecałej godzinie chodzenia w deszczu (z parasolem co prawda) - spasowałam....

Kolejnym minusem chorowania w Berlinie jest to, że jak się nie zna niemieckiego i nie ma się wykupionej opieki medycznej to trudno iść do lekarza..... no więc ja sobie choruję już prawie tydzień...oczywiście biorę różne rutinoscorbiny, witaminy C, Halstabletki czyli cóś na gardło. No ale wydaje się, że powoli choroba przechodzi...ale kto mi zwróci te 2 dni przed przedostatniego weekendu?(i to co przytyłam przez te 2 dni ;-))
Co prawda tak sobie myślę, że jeżeli będę cały czas utrzymywała kontakt z ludźmi tu mieszkającymi, jak np. z Torstenem to będę sobie raz na jakiś czas przyjeżdżała na weekend np. :-) Co prawda to nie będzie tak jak teraz, jak tu mieszkam, ale zawsze coś :-) i cieszę się że Berlin jest tak blisko :-)

Z jednej strony odliczam czas do wyjazdu i się cieszę, a z drugiej smutno mi wyjeżdżać...już się trochę przyzwyczaiłam, a teraz nie wiem co mnie czeka jak wrócę .... czy się przyzwyczaję a może nie? kto to wie...

Brak komentarzy: